3 rzeczy, które chcę usunąć ze swojego życia, by żyć spokojniej

wyrzuć to, by żyć spokojniej

Przypadkiem wbiłam się tym wpisem w start kolejnej edycji Wyzwania Minimalistki – 21 dni do prostszego życia. A wyzwanie zbiegło się z początkiem mojego powolnego ogarniania rzeczywistości. Niestety nici ze spokojnego nadrabiania seriali przy porządkowaniu szaf. Dzieć zakatarzony, więc nie chodzi do żłobka, a i ja już lecę na tabletkach na ból gardła. Wyzwanie Kasi zmobilizowało mnie do tego, by spisać chociaż część zadań do wykonania, bo zbierałam się do jej stworzenia od tygodni 🙂 Choć jestem bałaganiarą, chaos coraz bardziej mnie męczy. Wkurzają mnie ubrania leżące na podłodze w sypialni i biurko, na którym składuję mnóstwo rzeczy w niebezpiecznie przechylających się stosach. Kiedy po kilku tygodniach udało nam w końcu umyć wszystkie naczynia i odzyskaliśmy kawałek kuchennego blatu, nagle cała kuchnia przestała mnie przyprawiać o ból głowy. Ale nawet gdybym miała superminimalistyczne i wysprzątane mieszkanie, nie stałabym się nagle mistrzem opanowania i łagodności. Bo nie rzeczy materialne wywołują u mnie największy stres i frustrację. Żeby żyć spokojniej, powinnam pozbyć się błędnych przekonań i wyniszczających nawyków.

Nieistniejące deadline’y

Codziennie rano

Mam pojawiać w pracy między 7 a 9 i być w niej 8 godzin. Jak na pracę w administracji publicznej to wręcz luksus, którego znajomi mi zazdroszczą. Mimo to nasze rodzinne poranki wcale nie są mniej stresujące, niż gdybym miała zaczynać pracę np. punkt ósma.

Najchętniej zaczynałabym pracę o 7:30 lub wcześniej. Ale mając w domu dwulatka nigdy nie mogę przewidzieć poranka. Czasem Pierwszy budzi się w nocy z gorączką i zasypiam z nim na kanapie, a potem połamana nie jestem w stanie wstać wraz z pierwszym budzikiem. Innym razem dziecinka przedrepcze do mnie przed szóstą, poda mi okulary i każe się zaprowadzić do kuchni. Wtedy zajmuję się nim do czasu, aż mąż będzie w stanie go przejąć. Innym razem dzieć jeszcze śpi, gdy ja już wychodzę.

Codziennie podejmuję w swojej głowie decyzję „wyjdę o tej i o tej”, najczęściej jest to 6:52 żeby być w pracy o 7:30. Jeśli z jakiegoś powodu mi się to nie udaje, robię się nieznośna dla otoczenia. Żebym mogła zdążyć na swój wybrany autobus wszyscy muszą się podporządkować. Słuchać mojego narzekania, że za 2 minuty wychodzę, a nie wiem, gdzie moja szczotka do włosów. Ogólnie zachowuję się, jakby świat miał się zawalić, że będę w pracy 7:40, a nie 7:30.  Niestety często przez to żegnamy się w konfliktowej atmosferze.

Przed wyjazdem

Podobnie działają u mnie wyimaginowane deadline’y, kiedy jedziemy na weekend do moich rodziców. Zbieramy się w sobotę od samego rana i zwykle w trakcie pakowania szacuję jakąś godzinę naszego wyjazdu. Kiedy widzę, że jest „po czasie” mam wrażenie, że mąż specjalnie robi mnóstwo niepotrzebnych rzeczy. W moich oczach z premedytacją wszystko rozwleka, robi wszystko 10 razy wolniej niż zwykle, nagle przypomina sobie o rzeczach, którymi na co dzień się nie zajmuje. Nawet jeśli działa sprawnie i robi tylko niezbędne rzeczy, moje skrzywione myślenie o terminach sprawia, że wzdycham coraz głośniej i nieraz rzucam niemiłym tekstem. Na koniec przez 10 minut stoję ubrana z kluczami w ręce i próbuję nie rozdmuchać swoich nieuzasadnionych oczekiwań w wielką awanturę.

Komunikacja miejska

Szlag mnie trafia, gdy autobus się mocno spóźnia, albo (jeszcze gorzej!) odjeżdża przed czasem. Parę lat temu potrafiłam wysyłać do mojej siostry kilkanaście smsów w tygodniu o treści typu „Ofc nie jedzie 197” albo „Idiota zamknął mi drzwi przed nosem”. Serio, w mojej głowie nieprzewidywalność komunikacji miejskiej urastała do ogromnych rozmiarów. I była jednym z powodów, dla których jakoś w marcu 2009 roku stwierdziłam „8 lat w Wawie i wyjeżdżam”. I to nie jest tak, że ja się przez te spóźniające autobusy ciągle spóźniam. Nic mnie tak nie stresuje jak spóźnianie się, więc zawsze wyjeżdżałam na zajęcia z dużym zapasem i spóźniłam się gdziekolwiek może pięć razy.

Hmm, nigdy nie myślałam o sobie jak o control freaku, ale wygląda na to, że jeśli chodzi o czas totalnie nim jestem.

Użalanie się nad sobą i bierność

„Nie jeździłam na zagraniczne wakacje, więc nie miałam jak nauczyć się mówić bez strachu po angielsku”

„Nie pójdę tam, bo będę najgorsza i wszyscy będą się ze mnie śmiać”

„Ona jest ładniejsza, więc na pewno ją wybiorą”

„Mam w genach rozkładanie swoich rzeczy po wszystkich płaskich powierzchniach, dlatego nigdy nie będę mieć czysto w domu”

„Takie sukienki są tylko dla szczupłych i wysokich”

„Nie stać mnie na aparat, dlatego nie mam jak się nauczyć robić zdjęcia”

Zawsze znajdę usprawiedliwienie dla swojego beznadziejnego losu. Wygodnie jest zrzucić wszystko na to, że nie urodziłam się w bogatej rodzinie, że byłam gruba, że kiedy byłam dzieckiem nikt nie zabrał mnie do psychologa i na to, że nie możemy sobie pozwolić na takie rozrywki, jak nasi znajomi. Wmawiam sobie, że wszystko wszystkim idzie łatwiej. I nie działam. Czekam, aż świat mi wszystko rzuci pod nogi.

Prawda jest taka, że nie wierzę w to, że mogę osiągnąć swoje mniejsze czy większe cele. Bo wiem, że przed wykonaniem jakiegoś kroku, który mógłby mnie do nich przybliżyć spanikuję.  Wyobrażam sobie, że wszyscy będą mi wypominać błędy i wyśmiewać porażki jeszcze nad moją trumną. Chciałabym mieć podejście „jak ktoś mnie nie wspiera, niech spada na bambus”, ale jednak bardziej boję się, że faktycznie wszyscy mnie opuszczą, niż życia ze świadomością, że nie osiągnęłam totalnie nic.

Jeśli macie jakieś rady, jak uwierzyć we własną sprawczość, dajcie znać!

Podążanie nieswoimi drogami (w oczekiwaniu aż ta moja sama się wydepcze)

Choć od lat wiedziałam, że nigdy nie będę prawnikiem z powołania i nigdy nie ciągnęło mnie do robienia aplikacji, to przy każdej kolejnej osobie, która chwaliła się na Fb „apl. adw. Jan Kowalski” myślałam „Kurczę, ja też bym mogła”. Na szczęście po chwili wracał mi rozum. Na myśl o powrocie na 3 lata do trybu intensywnej nauki czegoś, czego nie kocham robi mi się niedobrze. Czasem żałuję, że nie zmusiłam się w czasie studiów do większego zaangażowania, polubienia prawa i nie znalazłam ambitnej i dobrze płatnej pracy. A jednak mam poczucie, że to nie moja droga. Nie mam pewności, czy faktycznie jestem stworzona do czegoś innego, czy to tylko strach. Strach, że sobie nie poradzę w bardziej wymagającym środowisku, że nie będę umiała radzić sobie z szybkim tempem życia i krytyką,

Mam też wrażenie, że na siłę próbuję odnaleźć się w czymś, co robią ludzie, których podziwiam, zamiast wsłuchać się w siebie. W internecie obracam się w środowisku osób, które prowadzą lub zamierzają założyć biznes online. I w tych wszystkich grupach fejsbukowych czuję się trochę jak oszust – ktoś, kto wbija się na imprezę, na której nikogo nie zna i udaje, że należy do grupy. W końcu nie mam żadnego kursu online, nawet darmowego ebooka, ani sklepu na Etsy. I czasem było mi po prostu głupio z tym, że nie umiem zarabiać w internecie, skoro WSZYSCY to robią. Pal licho, że z moich realnych znajomych nikt kursów online nie sprzedaje.

#Niejestemedukatorką

Jakiś czas temu Kaśka Żbikowska, prowadząca na Fb grupę #DigitalGirls skierowaną do kobiet-edukatorek w swoim newsletterze i wpisie na blogu dała mi implus, by przyznać się przed samą sobą, że nie jestem edukatorką. Napisałam o tym na grupie i okazało się, że nie jestem w tym gronie edukatorek sama. Że inne dziewczyny także, czasem po latach prób, doszły do wniosku, że dzielenie się swoją wiedzą w internecie nie jest dla nich. I powiem Wam, że to super uczucie – przyznać się do tego, kim się nie jest i dostać lajki, serduszka i słowa „Dzięki, że to napisałaś”.

Keep exploring. Don’t settle

Nie znoszę uczucia, że sobie w czymś nie radzę, dlatego za mało eksperymentuję. Raczej czekam, aż nagle jakaś gwiazda betlejemska pokaże mi gdzie iść, i nie zapuszczam się na obce tereny poszukiwaniu kierunku, który będzie dla mnie odpowiedni. A zegar tyka i presja rośnie. Rosną też oczekiwania innych, by w końcu się ogarnąć. Zacząć porządnie żyć, znaleźć normalną pracę (to akurat mi się na chwilę udało więc, uff, jedna rzecz na jakiś czas z głowy) i przestać się zajmować głupotami.

Jeśli czujesz się podobnie jak ja, posłuchaj podcastu Lavendaire: You don’t have to have it all figured out. Keep exploring. Don’t settle. W ogóle polecam bardzo bardzo mocno trzy pierwsze odcinki podcastu Aileen. Tyle na razie przesłuchałam i każdy z nich był megawartościowy.