Jak utrzymać rodzinę z jednej pensji i spłacić długi?

jak utrzymać rodzinę z jednej pensji

Dwa lata prowadzenia budżetu domowego to dobry czas na podsumowanie, przedstawienie wszystkich plusów i (nie ukrywajmy, że ich nie ma!) minusów prowadzenia budżetu domowego. Jeśli chcesz się przekonać, co w tym czasie udało nam się osiągnąć i jakim kosztem, co nam pomogło, a co jest przeszkodą, czytaj dalej.

Zobacz także:

Jak zadbać o własne finanse – pierwszy impuls

Budżetowanie to hasło, które dwa lata temu migało mi tylko na Pintereście, a choć Szafrańskiego już wtedy znałam, to słuchałam tylko jego podcastów i pewnie głównie tych mniej finansowych. Przez półtora roku małżeństwa jakoś nie udało mi się przekonać męża do bardziej świadomego zarządzania wydatkami. Któregoś dnia zobaczyłam u mojej siostry na półce niewielką książkę Marcina Iwucia „Jak zadbać o własne finanse?„. Nie wiem, czy pożyczyłam ją od razu czy dopiero przy którejś z kolejnych wizyt, ale przeczytałam ją superszybko. I, mimo że nie zarysowała przede mną świetlanej przyszłości w wielkiej hacjendzie z basenem, z dużą przyjemnością. Podrzuciłam tę książkę mężowi, sama przeczytałam ją jeszcze raz i zaczęliśmy działać.  Najpierw „na oko” spisywaliśmy wydatki. Miałam do tego tabelkę w Excelu i każdego dnia (przez może 10 dni ;), bo nie znoszę Excela) wypisywałam wydatki z podziałem na kilka kategorii.

Niechlubny start

Niedługo wcześniej mąż zdecydował się na zakup drogiego komputera, bo stary zacinał się i średnio sobie radził, kiedy przychodziło na nim pracować przez cały dzień. A że spodziewaliśmy się dziecka i P. zakładał, że może częściej będzie musiał pracować z domu, to w końcu się ugięłam. Na zakup nowego sprzętu P. wziął nawet niewielką pożyczkę w swoim banku. Bez niej musielibyśmy niemal do zera wyczyścić nasze konta, a to było zbyt ryzykowne. Zaczynać ogarnianie domowych finansów od zadłużenia? No nienajlepiej. Ale jeśli dobrze pamiętam, to moja zgoda była warunkowa „Ok, kup komputer, ale teraz na serio zabieramy się za budżet”.

Cel finansowy – spłacić pożyczkę

Nieswoje mieszkanie urządzaliśmy początkowo za nieswoje pieniądze. Pieniądze na wstępne wykończenie mieszkania w stanie deweloperskim, czyli zrobienie kuchni, łazienki, podłóg, zakup drzwi i niezbędnych sprzętów (łóżko, jakiś stół) pożyczyliśmy od rodziny. Pożyczkę mieliśmy spłacić w całości do grudnia 2017 r.  Zanim zaczęliśmy prowadzić budżet domowy pieniądze, które raz na jakiś czas odkładaliśmy na zwrot, magicznym sposobem zawsze znikały. Dopiero wiosną 2016  r. , kiedy zabraliśmy się za swoje finanse na serio, pieniądze na zwrot przestały się gdzieś rozłazić. Ostatecznie, dzięki wszystkim strategiom, o których przeczytasz poniżej, udało nam się zebrać całą kwotę na kilka miesięcy przed terminem spłaty.

Prowadzenie domowego budżetu rozpoczęliśmy na serio tuż po narodzinach Pierwszego – w kwietniu 2016 wszystkie nasze wpływy i wydatki trafiły do aplikacji YNAB (przeczytaj, dlaczego korzystamy z YNAB, a nie z Excela).
A skoro już o Pierwszym mowa, zobaczcie, jak sobie poradziliśmy z dzieciowymi wydatkami.

Jak oszczędziliśmy na dziecku?

Dzieci to studnia bez dna, ale nam udało się podejść do wydatków okołodzieciowych bardzo rozsądnie. Oczywiście nie raz i nie dwa czułam i czuję, że Pierwszy nie ma ładnego pokoju i na placu zabaw nie wygląda tak dobrze, jak inne dzieci. Bywało, że czułam się głupio mijając na osiedlu sąsiadkę z dzieckiem w Stokke Xplory, choć ten wózek kompletnie mi się nie podoba i byłby dla mnie wygodny. Za to z zazdrością spoglądałam na Bugaboo Cameleon, który akurat świetnie sprawdziłby się przy moim wzroście ze względu na nisko umieszczoną gondolę…

Żeby nie zanudzać niedzieciatych, wydatkom okołodzieciowym poświęciłam osobny wpis:

Jak wydawać mniej na jedzenie

W kwestii jedzenia nie jestem ekspertem – nie odżywiamy się tak zdrowo i różnorodnie jak bym tego chciała. Nie lubię gotować i rzadko to robię. W tej dziedzinie mam więc tylko 3 rady:

  1. Wydatki na słodycze = zachcianki. Pięć razy się zastanowisz zanim dorzucisz ciastka do koszyka. Szczerze, uważam, że to też cudowna metoda na utrzymanie wagi i schudnięcie (a z jednoczesnym karmieniem piersią to już w ogóle działa cuda!).
  2. „Jak dają, to bierz”. Trochę to heheszki – wcale nie chodzi o to, by odwiedzając kogoś wpakowywać w siebie wszystko, co jest na stole, a trochę metoda, która pozwala zaoszczędzić sporo kasy. Jeśli widzisz, że Twoja mama jak zwykle poszalała w święta i jej lodówka pęka w szwach, nie odmawiaj, gdy będzie Ci chciała coś zapakować 😉 Może się okazać, że przez tydzień obejdziesz się bez zakupów. Ale bądź przy pakowaniu jedzenia i stanowczo odmawiaj, jeśli ktoś będzie Ci wciskał coś, czego najprawdopodobniej nie zjesz. Nieraz wyrzucałam po tygodniu coś, czego wcale nie zamierzałam brać.
  3. Planowanie posiłków (nad tym musimy popracować). Jeśli jesz lunche na mieście, spróbuj choć raz w tygodniu ugotować coś wieczorem na dwa dni do przodu. U nas przez jakiś czas działał system, w którym P. raz jadł ze mną obiad w domu, dwa razy zabierał coś do pracy i tylko 2 razy w tygodniu jadł na mieście. Potem jakoś się to rozjechało, a teraz, gdy oboje siedzimy w domu i wydawałoby się, że powinniśmy zawsze jeść domowy obiad, każdego tygodnia zamawiamy coś do domu albo jemy na mieście. Najczęściej wtedy, gdy zapomnimy o wyjęciu czegoś z zamrażarki poprzedniego wieczora. Dlatego powinniśmy mocniej popracować nad planowaniem posiłków, które zapobiegnie sytuacjom „O, kurczę, już 12.00, a my nie mamy nic na obiad”.

Na co nie wydajemy pieniędzy…

Kosmetyki kolorowe

To kategoria to w moim przypadku czyste marnowanie pieniędzy. Nie maluję się na co dzień. Czasem, jeśli sobie przypomnę, używam korektora pod oczy. Niedawno wyrzuciłam kilka cieni, które kupiłam mając jakieś 14 lat… Kiedy się ich pozbywałam, to dźwięczały mi w uszach słowa rodziców: „Tylko nie wydaj na głupoty”.

Kieszonkowe się u mnie w domu nie sprawdziło. Najczęściej po prostu rodzice nie przyjmowali zwrotu kasy, która zostawała mi po wycieczce albo większych zakupach. W temacie kieszonkowego i finansowej edukacji dzieci bardzo mocno polecam odcinek 027 podcastu Marcina Iwucia. 

I z jednej strony te dziwne lakiery do paznokci ze sklepu „wszystko po pięć złotych” czy cień do powiek z brokatem, które kupowałam pod koniec podstawówki i w gimnazjum to były totalnie zmarnowane pieniądze, bo nigdy ich nie zużyłam. Z drugiej strony przynajmniej nieudolnie próbowałam makijażu czy malowania paznokci. Gdybym się w to wkręciła i dzisiaj nosiła full make-up, to na pewno inaczej bym postrzegała te młodzieńcze kosmetyczne zakupy.

Ha, a jednak ostatnio na promocji -55% w Rossmannie kupiłam 3 kosmetyki z kolorówki. I muszę powiedzieć, że faktycznie ich używałam. Nawet cienia do powiek! O ile szampony i kremy to w naszym budżecie kategoria „drogeria”, to kosmetyki kolorowe zaliczam do tej samej kategorii co wydatki na fryzjera i kosmetyczkę.

Zabawki i książki dla Pierwszego

Sami kupiliśmy mu zaledwie kilka rzeczy np. klocki Lego na urodziny (i to parę dni po urodzinach…) czy kolejkę na Boże Narodzenie. Wszystko, co wpada nam w oko wrzucamy na udostępnioną rodzinie listę prezentów (korzystamy ze strony Giftster – jest przedpotopowa w wyglądzie i niewygodnie się jej używa, ale jakoś nikomu się nie chce poświęcać czasu na szukanie lepszej aplikacji) i liczymy na to, że dziadkowie nie zawiodą 😉

…choć czasem powinniśmy

Nowe okulary (albo chociaż szkła)

Od kiedy noszę soczewki (prawie 7 lat), okularów używam tylko przez tuż po obudzeniu i przed pójściem spać, czasem dłużej jeśli nigdzie tego dnia nie wychodzę i zapomnę o ich założeniu rano. Dlatego moje oprawki wciąż są w niezłym stanie. A skoro tak, to nie bardzo widziałam sens, by je wymieniać. Niestety, przez te wszystkie lata nie wymieniłam także szkieł na mocniejsze, a jednak po długiej przerwie, moja wada wzroku jakiś czas temu lekko się pogłębiła. Nie wiem, czy na dłuższą metę noszenie zbyt słabych szkieł wpływa negatywnie na wzrok. Jednak ostatnio odkryłam, że bardzo źle wpływa na moje samopoczucie i produktywność, ale to temat na osobny wpis! Ale nie naśladujcie mnie, oszczędzanie na zdrowiu nigdy się nie opłaca.

Remonty (gdy tylko zajdzie taka potrzeba)

Wiecie, że nasz prysznic przeciekał przez prawie rok, a może nawet dłużej, zanim ogarnęliśmy ten temat? Trochę była to kwestia czasu, ale nie będę ukrywać, że w dużej mierze również pieniędzy. Kiedy w końcu zebrałam się w sobie i poprosiłam o opinię randomowego pana majstra, który wykańczał jeden z lokali usługowych na naszym osiedlu byłam już naprawdę przerażona tym, co się działo z naszą łazienką. I słusznie – pod naszym brodzikiem mieliśmy cały czas stojącą wodę, która przez fugi wyciekała na płytki przed prysznicem niszcząc je kompletnie. Ostatecznie wymiana płytek i ponowne zainstalowanie prysznica kosztowało chyba o połowę mniej niż zakładaliśmy. Ale koszt psychiczny był ogromny. Świadomość, że w każdej chwili możemy zalać sąsiadów, albo że za jakiś czas odpadnie im totalnie zagrzybiały sufit podwieszany… nie polecam. Dziś wolałabym naruszyć inne kategorie w budżecie, nawet poprosić kogoś o pożyczkę, gdybyśmy byli kompletnie spłukani, ale załatwić sprawę szybko i spać spokojnie.

Dziecko na studiach – finansowe konsekwencje

Brak pracy

Kiedy w sierpniu 2015 roku okazało się, że jestem w ciąży nie miałam akurat żadnej pracy ani praktyk. I (co dziś uznaję za błąd) nie szukałam niczego, bo głupio by mi było gdzieś pójść i za chwilę powiedzieć „Helloł, jestem w ciąży”. Oczywiście pewnie byłabym na umowie-zlecenie i pracodawca mógłby bardzo łatwo rozwiązać ze mną umowę, ale wtedy jednak stchórzyłam. Przez całą ciążę nie dokładałam do naszego domowego budżetu nawet tych 500 zł, które przez kilka miesięcy naszego małżeństwa zarabiałam na praktykach 🙂 Nie bez znaczenia było też to, że mdłości męczyły mnie od początku aż do17. tygodnia ciąży. Sporą część pierwszego trymestru spędziłam w łóżku, ciągle coś jedząc, by załagodzić mdłości. Szczęśliwie nie przełożyło się to na pociążową nadwagę.  Oficjalnie skupiałam się wtedy na pisaniu magisterki. W praktyce bardziej na czytaniu wszystkiego o dzieciach, czytaniu recenzji wózków i szukaniu używanych dzieciowych sprzętów.

Zasiłek rodzicielski

Z naszymi finansami byłoby krucho, gdyby nie zasiłek rodzicielski (1000 zł na dziecko co miesiąc przez rok, tzw. kosiniakowe). Przysługuje on tym wszystkim, którzy nie mają uprawnień do zasiłku macierzyńskiego. Dodatkowe 12 tysięcy od państwa naprawdę nam się przydało, szczególnie biorąc pod uwagę nasze długi. Wydaje się, że gdyby nie kosiniakowe, nie bylibyśmy w stanie uzbierać kasy na zwrot pożyczki na kilka miesięcy przed terminem.

Czy da się pisać magisterkę w ciąży? Czy da się pisać magisterkę z niemowlakiem?

Kiedyś żartowałam sobie, że najlepiej w dniu obrony magisterki być w zaawansowanej ciąży, no ale cóż, nie wyszło – Pierwszy urodził się w marcu. Skoro nie pracowałam, a zajęć na piątym roku jest niewiele (jeździłam na uczelnię 2-3 razy w tygodniu na jedne zajęcia) miałam się skupić na pisaniu magisterki. Jeździłam do BUWu robić zdjęcia książek i próbowałam zawęzić zakres pracy. Szło mi opornie i kiedy przyszło do rodzenia, magisterka istniała tylko w mojej głowie. Oczywiście nie wiedząc, jakie trafi mi się dziecko nie podejmowałam jeszcze żadnych decyzji co do studiów – przecież Pierwszy mógł tylko jeść, bawić się chwilę i spać. Wtedy być może realne byłoby skończenie pracy do września. Gdybym nie wyrobiła się do września, musiałabym za obronę (a właściwie za powtarzanie seminarium) płacić ok. 1600 zł. Alternatywą było wzięcie rocznej dziekanki, czyli danie sobie dodatkowego roku na napisanie pracy i zachowanie jeszcze przez rok studenckich przywilejów.

Czy opłaca się wziąć dziekankę?

Kiedy po kilku dniach stało się jasne, że Pierwszy nie rozwija się książkowo, wiedziałam, że pisanie magisterki przy nim nie będzie możliwe. Ale ostateczną decyzję podjęłam po około dwóch miesiącach – w maju złożyłam podanie o urlop dziekański. Żeby nie mieć absolutorium zostawiłam sobie do zdania jeden przedmiot, jeden miałam już zdany (zaliczenie było w połowie semestru), a o możliwość zaliczania trzeciego w czasie urlopu prosiłam w podaniu o dziekankę. Podanie zostało zaakceptowane. Dało nam to wymierne oszczędności – 50% zniżki na bilety ZTM, ulgowe bilety do kina (byliśmy pewnie 2 razy ;)), tańszą pizzę w Dominium… I pewnie jeszcze jakieś benefity, o których nie pamiętam. Nie musiałam też płacić 1600 zł za powtarzanie seminarium. Ale najważniejszy był zysk psychiczny. Kiedy złożyłam podanie o dziekankę przestałam mieć wyrzuty sumienia, że zajmuję się dwumiesięczniakiem zamiast trzaskać w Wordzie kolejne strony.

Ile wydajemy na ubrania?

Przez długi czas nasz miesięczny budżet na ubrania wynosił 50 zł. I początkowo to było ok. Siedziałam w domu z Pierwszym, wychodziłam głównie do przychodni, sklepu i na spacery, a taki mamy klimat, że kurtka czy płaszcz jest w użyciu przez większość roku. Dokładnie 6 tygodni po porodzie musiałam sobie kupić nowe dżinsy, bo te sprzed ciąży szybko się podarły. Kupiłam też wtedy nową torebkę, bo poprzednia się rozpadała i jak na torbę za kilkadziesiąt złotych z H&M jest niezła – noszę ją do dziś praktycznie codziennie (tylko jeśli muszę wziąć coś większego zgarniam większą torbę lub plecak). Ogólnie raz na jakiś czas pozwalałam sobie na jakiś zakup i żyłam.

Tak się dłużej nie da

Problem pojawił się tej jesieni, kiedy desperacko potrzebowałam nowych butów na zimę i płaszcza. Te, które miałam wyglądały tak, że wstyd było mi w nich chodzić do pracy. No i teraz proste obliczenia – buty skórzane ok. 220 zł, płaszcz ok. 350 zł – toż to już prawie mój roczny budżet na ubrania! Oczywiście nie miałam odłożonej takiej kwoty, więc do płaszcza dołożył mi się mąż. Jednocześnie zwiększyliśmy miesięczny budżet do 70 zł. Głównie po to, żebyśmy nie wyglądali jak bezdomni – średni wiek ubrań w mojej szafie przekracza 5 lat, a że są to rzeczy sieciówkowe, to niestety doskonale to po nich widać. Jak ja zazdroszczę mojej mamie, że miała płaszcze, które po kilkunastu latach wciąż wyglądały! Już pomijam to, że T-shirty, które pamiętają czasy liceum niekoniecznie są w moim stylu.

Powolne budowanie idealnej szafy

Na razie więc moja praca nad szafą, w której wszystko będzie „spark joy” są baaardzo powolne. Trwa wielkie „donaszanie” ubrań, które średnio mi się podobają. Nie będzie więc u mnie wielkiej akcji odgruzowywania szafy, bo musiałabym chodzić w tym samym zestawie 3 x w tygodniu. Jednocześnie ciągle mam oczy otwarte na rzeczy, które na pewno się u mnie sprawdzą – np. bluzki i koszule bez rękawów czy nieco grubsze kardigany. Jak już coś kupuję, to raczej spełnia to moje kryteria. Mój najnowszy zakup to koszula z dziecięcego działu H&M. Ma mój ulubiony krój (bez rękawów), materiał (100% bawełna) i jest niebieska, więc wpisuje się w paletę, która rządzi w mojej szafie. Mam tylko nadzieję, że nie jest za krótka – w końcu przymierzałam ją w 9. miesiącu ciąży 🙂

Ile wydajemy na zachcianki?

Zachcianki to jedna z najważniejszych, mimo że prawie najmniejszych, kategorii w naszym budżecie. Początkowo każde z naszej dwójki dorosłych miało na zachcianki 25 zł miesięcznie, ale szybko zwiększyliśmy tę kwotę do 30 zł na miesiąc. Co wchodzi w zachcianki? Słodycze, „M jak mieszkanie”, jedzenie na mieście, które łapie się raczej z nudów niż z głodu i te wszystkie ładne i niepotrzebne gadżety z Flying Tiger. Kupowanie kawy na mieście czy dorzucanie na taśmę w Biedronce Twixa musi wiązać się z chociaż minimalnym procesem myślowym 🙂

Ale żeby nie było tak tragicznie mamy też wspólny budżet zachciankowy – 80 zł miesięcznie. Z niego opłacamy wspólne, planowane lub spontaniczne wyjścia (kina, lody, kawiarnie) i Netflixa. Dodatkowo każde z naszej trójki ma osobną kategorię na oszczędności. Tam dorzucamy pieniądze, które dostajemy np. od rodziny na urodziny albo połowę kwoty ze sprzedaży niepotrzebnych rzeczy. Granica między zachciankami wspólnymi a osobistymi nie jest nienaruszalna. Czasem jeśli jedno z nas bieduje, drugie dorzuca mu parę złotych ze swoich. A jeśli ze wspólnych zachcianek nie starcza nam na popcorn do filmu – składamy się po połowie ze swoich zachcianek.

Kilka rad, jak postępować z budżetem zachciankowym

Jeśli chodzi o wspólną kategorię zachciankową, to moja najważniejsza rada brzmi: nie kombinuj. Nie ma nic smutniejszego niż wydać dwumiesięczny budżet na słaby film i niedobre jedzenie, kiedy już raz na pół roku wybieracie się na randkę. Ja akurat mam wybitnie małą tolerancję na dziwne smaki. Wolę pójść do ulubionej, sprawdzonej restauracji, niż po raz kolejny przekonywać się, że kuchnia bałkańska czy indyjska potrafi mi zepsuć cały wieczór.

Jeśli chodzi o tanie rozrywki, to jesteśmy typowymi rodzicami – wieczory z Netflixem 🙂 Latem jest sporo darmowych wydarzeń w plenerze np. kino plenerowe (przez 2 sezony mieliśmy takie pod domem – supersprawa!). Czasem darmową rozrywką jest dla mnie zebranie wspólnoty mieszkaniowej 🙂 Choć ostatnio strasznie się na zebraniu wynudziłam i wyszłam w połowie, po 4 godzinach…

Sprzedaż nieużywanych rzeczy – gdzie trafiają odzyskane pieniądze

Żeby zmobilizować się do sprzedawania nieużywanych rzeczy ustaliliśmy, że zarobione na sprzedaży pieniądze będziemy dzielić na pół. Połowa idzie do „to be budgeted”, czyli wspólnej puli, z której potem rozdzielamy kasę na wszystkie kategorie. Druga część trafia do oszczędności/zachcianek osoby, do której należał sprzedany przedmiot. Nie mamy na tym polu dużych sukcesów – parę płyt czy książek sprzedaliśmy na wyprzedaży garażowej. Sprzedaż ubrań kompletnie nie działa, bo nie mamy rzeczy dobrych marek. Większość z nich ląduje w pojemnikach na używaną odzież. Koniecznie przeczytaj, co się dzieje z ubraniami, które tam trafiają – Fakty i mity o pojemnikach na stare ubrania (blog Na nowo śmieci).

Między sercem a rozumem

Jedna z trudniejszych decyzji finansowych, które musieliśmy podjąć wiązała się z wygraną przez P. laptopa. Wiecie jak to jest, gdy mąż wraca z konferencji z zafoliowanym MacBookiem? Mogłam mieć nowy, dobry sprzęt, który na dodatek dobrze by się prezentował na Insta. Z drugiej strony nie potrzebowałam jakoś supermocno zmiany komputera. Laptop, z którego korzystam jeszcze się trzyma(ł) – od niedawna tylko ekran mu opada do tyłu, ale na szczęście nie aż tak, by kładł się na blacie :)). Nie chciałam całkowicie się odciąć od Windowsa wiedząc, że jeśli pójdę do pracy, to raczej na bank na pracowym sprzęcie będzie Windows. Ostatecznie zdecydowaliśmy się sprzedać MacBooka. Zarobione w ten sposób pieniądze wrzuciliśmy w kategorie w budżecie, które stworzyliśmy nieco wcześniej i świeciły pustkami, czyli na zakup nowej elektroniki. A że akurat oboje musieliśmy wymienić telefony, to sprzedaż laptopa sfinansowała ich zakup.

Problemy pierwszego świata w kwestii finansów

Otoczenie

Jakkolwiek głupio by to nie brzmiało, sporym utrudnieniem jest dla nas fakt, że P. pracuje w nieźle opłacanej branży. Nie są to zarobki jak na wysokich stanowiskach w bankowości, ale powyżej średniej krajowej. Pracy raczej nie brakuje, więc ludzie czują się dość bezpiecznie i często nie widzą powodu, by żyć na niższym poziomie niż są w stanie. Mało kto decyduje się na tańsze i mniej komfortowe rozwiązania.

Single i osoby żyjące w związkach, w których dwie osoby dorzucają do budżetu przyzwoitą warszawską pensję czasem nie rozumieją, że lunch za 30 zł to nie jest coś, na co można sobie pozwolić codziennie. W takim środowisku łatwo o usprawiedliwianie drogich zakupów „większość ludzi to ma, w końcu będę tego używał codziennie, więc nie ma co oszczędzać”.

Nieuzasadnione poczucie życia w biedzie

Na szczęście trzymaliśmy się naszych celów finansowych. Skutkiem ubocznym tego podejścia jest to, że często mam poczucie, że jesteśmy biedakami. Obiektywnie patrząc mamy naprawdę dobrą sytuację finansową. Mimo to odmawianie sobie wieku rzeczy, na które nasi znajomi pozwalają sobie bez mrugnięcia okiem bywa momentami mocno przygnębiające. Nie dla nas w tej chwili zagraniczne wakacje i nowy, rodzinny samochód.

Dalibyście radę żyć w taki sposób jak my? Jeśli macie za sobą doświadczenia typu jestem-biednym-studentem-jem-parówki-z-keczupem, chętnie poczytam o innych sposobach na oszczędzanie. 

Photo by rawpixel.com on Unsplash
Wpis zawiera linki afiliacyjne