Tego nie zrobię moim dzieciom – 5 zdań, których ode mnie nie usłyszą

tego nie zrobię moim dzieciom

Pewnie powiedziałaś sobie kiedyś „Nie będę jak moi rodzice”. Ja nawet kiedyś, pewnie pół życia temu, spisałam sobie listę „Tego nie zrobię moim dzieciom”, ale nie wiem, czy ten zeszyt przetrwał.

Dziś piszę z perspektywy (ponoć) dorosłej osoby, a co więcej matki.
Punktów typu „Nie będę podnosić głosu” tutaj więc nie zobaczycie – nie umiem siedzieć cicho, gdy dzieć mi wyrywa resztki włosów z głowy albo dusi mnie swoim łokciem przy kp.

To co? Gotowa?

1. „Myślałam, że Ci to niepotrzebne”

Chyba wszyscy moi znajomi już o tym słyszeli. Kiedy mieszkałam już w Warszawie moi rodzice robili w domu remont. Kiedy przyjechałam do domu na weekend zapytałam, gdzie są moje rzeczy. Dowiedziałam się, że na strychu.

„A gazety?”
„Wzięliśmy do spalenia”

Wiem, że to tylko parę kilo makulatury, którą każdy normalny człowiek wyrzuciłby przy okazji remontu, ale…
Tak, poszłam do piwnicy szukać moich wieloletnich zbiorów M jak mieszkanie, które jako 10-latka przeglądałam setki razy i przez które godzinami rysowałam rzuty mieszkań i domów. Moje projekty powinny być jeszcze na strychu (pozdro, że to już chyba 8 lat, a ja nadal się po nie nie wybrałam), ale kilkadziesiąt numerów mojego ulubionego czasopisma wyparowało.

Choć w tamtym okresie akurat nie interesowałam się wnętrzami (nie wiem, co wywołało tę kilkuletnią przerwę), to jednak ta pasja wciąż gdzieś we mnie drzemała i kiedy dowiedziałam się, że moje gazety zostały spalone, poczułam się, jakby ktoś zabrał mi dzieciństwo i zdeptał wszystkie marzenia.

Wkrótce zresztą wróciłam do tego tematu, poszłam na kurs projektowania wnętrz, próbowałam wnętrzarsko blogować. I choć nie mam na wnętrzarskim polu sukcesów, to jest to chyba jedyna dziedzina, którą mogę wrzucać na listę zainteresowań bez poczucia, że wymyślam sobie pasje na siłę . A to, że skrzętnie zbieram od kilku lat wszystkie nowe numery M jak mieszkanie nie wynika z buntu „Pokażę im”, ale z lęku, z próby ochrony przed utratą kontroli nad własnym życiem.

Wyrzucanie rzeczy swoich dzieci bez pytania ich o zgodę w skrajnym przypadku może doprowadzić do chorobliwego chomikowania.

2. „Znajdź sobie dziewczynę (chłopaka)”

Mam nadzieję, że uda mi się nigdy nie użyć na poważnie tych słów. I to nie dlatego, że mogę nie trafić z orientacją. Ale dlatego, że a) moje dziecko może wcale nie chcieć na tym etapie być w związku b) ono może bardzo tego chcieć. Ale z samego chcenia jeszcze się partnera nie robi. Więc takie gadanie jest totalnie bezsensowne, głupie i dołujące. Jeśli tak mówisz, nie dziw się, że dziecko Cię olewa. Czy już zapomniałaś jak to jest, gdy wszyscy wokół są w związkach, Tobą interesują się tylko jakieś psychopatyczne ewenementy, a babcia na imieninowej imprezie pyta, czy masz już chłopaka? Nie ma bardziej poniżającego pytania dla dziewczyny, która czuje się starą panną.

3. „Znajdź jej/jemu chłopaka/dziewczynę”

Twój syn wreszcie znalazł sobie dziewczynę? To świetnie. Niech więc znajdzie dziewczynę także synowi koleżanki i Stachowi z parteru.

„To jakie Marysia ma te koleżanki? Która by pasowała do Marcina?”
„No czemu nie chcesz mu pomóc? On jest fajny chłopak, tylko jakoś nie może znaleźć tej dziewczyny…”

Czy muszę cokolwiek dodawać?

4. „Nie idź na lingwistykę! Co, chcesz nauczycielką być? Idź na coś konkretnego, a języków to i tak się trzeba uczyć dodatkowo”

Wiesz, jak to się kończy? Twoje dziecko marnuje kilka lat swojego życia na studia, których nie lubi. I ląduje na bezrobociu, bo ma ochotę rzucić się z mostu na myśl o pracy w zawodzie. A w tym czasie jego rówieśnicy, których rodzice nie truli takimi tekstami, idą po filologii do pierwszej pracy i od razu wyciągają z tłumaczeń 5 tysięcy miesięcznie. True story.

Akurat oba przypadki, jakie znam dotyczą osób z małego miasta. Mam wrażenie, że to takie małomiasteczkowe myślenie – albo się jest lekarzem i miejscowym bogaczem, albo klepiącym biedę nauczycielem, albo wyjeżdża się do wielkiego miasta i zostaje prawnikiem.

O, przypomniało mi się jeszcze w podobnym klimacie…

5. „Nie pójdziesz na biol-chem. Lekarzem nie możesz zostać skoro mdlejesz”

Storytime:
Miałam zawsze dość niskie ciśnienie. Moja norma to było 90/60. Kiedy się stresowałam przed szczepieniem/pobieraniem krwi ciśnienie rosło, po wyciągnięciu igły spadało… A ja natychmiast odpływałam.

To był jeden, w sumie mniejszy powód, dla którego nie poszłam na biol-chem, choć całkiem te przedmioty lubiłam. Ważniejszy był taki, że obawiałam się pracy z najróżniejszymi pacjentami, którzy bywają bardzo ograniczeni, agresywni, roszczeniowi, niedomyci…

No dobra, ale od kiedy wybór klasy biologiczno-chemicznej jest równoznaczny z dyplomem z medycyny?Tkwiłam w tym małomiasteczkowym myśleniu, że istnieje tylko medycyna więc nawet przez myśl mi ten biol-chem nie przeszedł, choć naprawdę lubiłam oba przedmioty.

Wyżej czytałaś o tym, że robiłam rzuty mieszkań. Były tragiczne, bo ja naprawdę nie umiem rysować. Kompletnie nie miałam wyczucia i rysowałam stół z krzesłami w salonie wielkości boiska piłkarskiego. Niby rysowałam mieszkanie, ale w ogóle nie myślałam o tym, że mało które mieszkanie ma okna z każdej strony. Nie ogarniałam, że w niepodpiwniczonym domu powinna być jakaś kotłownia.
Ale jedyne z czego w tamtym czasie zdawałam sobie sprawę to fakt, że nie potrafię rysować. Architekt musi umieć rysować. Jak nie umiem rysować. Nie zostanę architektem.

Ok, pewnie i tak bym nie dała rady z matmą. Ale jednak wkurzam się, że mam do głowy wbity determinizm, a nie myślenie „Dam radę, nauczę się!”.

No ok, tego nie zrobię moim dzieciom. Ale co z dziećmi cudzymi?

W tej dziedzinie najbardziej wkurzają mnie dwie sprawy, które zbiorczo można nazwać urojonym teściowaniem:

  • mówienie o kilkuletnich dzieciach (!) „synowa” lub „zięć”. Mówił tak ktoś kiedyś o Tobie? Przodują w tym mamusie synków…
  • traktowanie każdego chłopaka/każdej dziewczyny jak członka rodziny. Zapraszanie na imieniny chłopaka, z którym dziewczyna jest od tygodnia. Spędzanie Wigilii z potencjalną synową choć 5 poprzednich jakoś nie weszło do rodziny… Ciągłe planowanie zaręczyn przez rodziców, rozmowy o tym jakim samochodem młodzi będą jechać do ślubu… Jak to dobrze, że kompletnie ominęły mnie takie akcje!

Zrobiłaś podobną listę? Może masz taką sprzed kilkunastu lat? Co dziś byś z niej usunęła, a co dodała? 

  • Każdy rodzic popełnia błędy, bo jesteśmy tylko (albo AŻ) ludźmi i mamy do tego prawo. Wiadomo, że część błędów jakie popełniamy wobec dzieciaków, może je bardzo skrzywdzić. Ale możemy te błędy naprawić i wspierać dzieciaki, jak tylko pozwalają nam możliwości i środki. Moi rodzice wspierali mnie, nawet w najdziwniejszych pomysłach. Owszem, czasami krytykowali, ale była to krytyka konstruktywna. Sama dzieci nie mam, ale jeśli się kiedyś na nie zdecyduję, to będę je chciała tak wychować, jak zrobili to moi rodzice.

    • To spisz sobie to wszystko, co chcesz powtórzyć 🙂 Myślę, że taka pozytywna lista miałaby większą moc niż moja!

  • Ann

    Listy nie mam, bo nigdy o tym nie myślałam. Ale obawiam się że poczują się zignorowane lub niewarte uwagi. Dlatego pewnie będę uważać że słowami „za bardzo się przejmujesz” czy „to nie jest żaden problem…”

    • Myślę, że fajną dobrą praktyką jest ustalenie konkretnego czasu każdego dnia do spędzania z każdym dzieckiem osobno. Bo bardzo łatwo mając milion spraw na głowie nie dostrzec tego, że dziecko właśnie w tej chwili bardzo potrzebuje uwagi i wsparcia. Wierzę, że będziesz supermamą 🙂