Spodziewasz się dziecka? Kup mniejsze mieszkanie! Półrocznica Pierwszego

Z okazji półrocznicy Pierwszego długi wpis o jego postępach, o gadżetach, których nie mamy i które mamy oraz o tym, jak nietypowo umieściliśmy dziecko w małym mieszkaniu.
Oto spis treści:
  • postępy Pierwszego (dźwięki, obroty)
  • zasypianie
  • chrzest
  • mata piankowa
  • leżaczek-bujaczek
  • rozszerzanie diety
  • łóżeczko w pokoju dziennym, czyli dlaczego ciąża nie jest powodem do zakupu większego mieszkania

Postępy Pierwszego

  • gdy miał 3 miesiące gadał jak najęty agu, gry, gly, ale przeszło mu mniej więcej w wieku 4,5 mc przerzucił się na piski i śmiech, który brzmi jak khiii. Wydaje jeszcze mnóstwo nieartykułowanych dźwięków, ale do agu najwyraźniej nie zamierza wracać. Może po prostu uznał, że skoro już to umie, to nie ma sensu ćwiczyć. Zawsze to lepsze tłumaczenie niż pewnie się cofnął przez szczepienia 🙂
  • ziomek non stop przerzuca się z pleców na brzuch i gdyby nie to, że jeszcze nie załapał, że musi unieść brzuch, pewnie już zasuwałby po mieszkaniu

Zasypianie

Ostatnią noc spędził w koszu Mojżesza (który sprzedałam miesiąc później w takiej cenie, w jakiej go kupiliśmy 😉 ) w połowie lipca. W tym czasie nie miał już awersji do łóżeczka, o której pisałam dawniej, ale nie potrafił w nim zasypiać. Przez długi czas zasypiał w trzech sytuacjach: przy jedzeniu, w wózku na spacerze, noszony na ramieniu (potem odkładam go na brzuch i nawet jeśli otworzy na chwilę oczy, to zaraz zasypia. Przy odkładaniu na plecy praktycznie zawsze się wybudza).
Od ok. dwóch tygodni, gdy widzę, że Śpiul marudzi i potrzebuje drzemki, biorę go na ręce, ale nijak nie chce położyć głowy i spać, tylko wyciąga łapy na boki i ogląda co się da. Kilka razy zasnął za to włożony do wózka. Jeśli w miarę szybko kciuk trafił do buzi, był sukces. W ostateczności, gdy nic nie działa, po prostu biorę go na chwilę do karmienia i bywa, że po minucie zasypia.

Chrzest na śpiocha

Jak już wspominałam na Instagramie, Pierwszy przespał swój chrzest i imprezę. Zasnął w czasie kazania, przespał wszystkie wydarzenia przy chrzcielnicy i obudził się pod koniec mszy. Potem parę fotek i uśmieszków pod kościołem i ruszyliśmy do domu na szybkie karmienie a potem do restauracji, w której już czekali goście. Piękna, słoneczna pogoda ustąpiła totalnej szarzyźnie i ulewie. Dzieć najwyraźniej odziedziczył po mnie senność deszczową i zasnął snem tak twardym, że można było zapomnieć o jego istnieniu. Obudził się dopiero w domu, jakieś cztery godziny później.
Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika Ola (@olabydesign) 23 Sie, 2016 o 12:57 PDT

 

Zdecydowaliśmy się urządzić chrzciny w pobliskim lokalu Artyści od kuchni. Cena za osobę warszawska, czyli duża, ale wszyscy goście byli bardzo zadowoleni. Właścicielka miała z nami krzyż pański przy ustalaniu menu, bo nie mieliśmy szczególnej wizji co do tego, co powinno się pojawić na stołach. Ostatecznie wysłała nam trzy wersje menu i na ich bazie wybraliśmy:

 

Mata piankowa

Przybyli na chrzest goście wyposażyli Młodego w nowe sprzęty m.in. matę składającą się z 9 puzzli piankowych i leżaczek-bujaczek. Z maty jestem zadowolona, jest zdecydowanie ładniejsza niż puzzle z literkami, ma mnóstwo elementów, które będzie można młodemu pokazywać i uczyć go nazw (drzewo, namiot, przystanek, basen, huśtawka, koparka itd.). Ale teraz stwierdzam, że 92×92 to trochę mało – młody ciągle się obraca to wte, to wewte i ląduje zawsze którąś częścią ciała na podłodze, więc muszę co chwilę go poprawiać, bo nie myję podłogi co 5 minut 😉 Poza tym mata jest śliska, więc zamiast przesuwać się do przodu, w stronę zabawki, podnosząc się na rękach, Mały ślizga się brzuchem do tyłu.  Muszę wymyślić mu jakąś nieśliską powierzchnię, bo w tych warunkach nie wróżę powodzenia w raczkowaniu i siadaniu.
Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika Ola (@olabydesign) 26 Sie, 2016 o 3:49 PDT

Leżaczek-bujaczek

O leżaczku myśleliśmy wcześniej, ale trochę szkoda nam było na niego pieniędzy, skoro radziliśmy sobie jakoś bez niego. Cieszę się jednak, że Młody dostał go w prezencie (dokładnie ten model) bo leżaczek-bujaczek to naprawdę fajna sprawa, gdy dziecko robi się mobilne. Używam go głównie w czasie swojego przygotowywania posiłków i potem jedzenia. I kiedy idę pod prysznic. Dlaczego? Pierwszy mnie dobrze widzi, a ja nie muszę co chwilę zerkać, czy właśnie nie zsunął się całkowicie z puzzli i nie wżera brudnych kabli od routera. Jasne, mógłby leżeć w łóżeczku (o tym za chwilę), ale w nim przerzuca się z pleców na brzuch i jak się tym zmęczy (albo wsadzi nogę między szczebelki i nie może jej wyjąć) zaczyna mnie wołać a ja mam miękkie serce, odrywam się od tego co robię i idę mu na ratunek zanim zacznie rozpaczać na dobre ;). Poza tym, leżaczek (który nazywam fotelikiem) mogę ustawić w dowolnym miejscu. Aha, i jeszcze jedno – jest szczególnie przydatny teraz, kiedy powoli daję Małemu pierwsze „normalne” jedzenie.

Rozszerzanie diety

Nie czekam z rozszerzaniem aż Pierwszy będzie sam stabilnie siedział, bo czuję, że do tego jeszcze dłuuuga droga, a ponoć dobrze jest zacząć rozszerzanie diety przed 26. tygodniem życia. Ale jak już usiądzie, to pewnie będzie zabawa z BLW. W leżaczku-bujaczku na razie nieźle nam wychodzi karmienie łyżeczką – za trzecim czy czwartym razem załapał o co chodzi i na widok zbliżającej się łyżeczki chętnie rozdziawia otwór gębowy. Gdy przerwa między kolejnymi łyżeczkami jest zbyt długa, zażera śliniak. Zżera go też od razu po założeniu, zanim zdążę mu podać pierwszą porcję marchewki. Gdy jedzenie się kończy, Pierwszy się denerwuje, ale nie odkryłam, czy to dlatego, że zdejmuję mu śliniak, czy dlatego, że jest małym żarłokiem.

 

Nie wiem też, czy się cieszyć, że dziecko chętnie je, czy martwić, że pójdzie w moje ślady i zostanie pulpetem. Niestety, przekonałam się na własnej skórze, jak otyłość wpływa na psychikę dziecka i nie chcę takiej przyszłości dla Pierwszego. Składam więc przyrzeczenie publiczne: moje dziecko nie przekroczy 75 centyla.

Łóżeczko w pokoju dziennym

W zeszłym tygodniu (pod wpływem pewnego incydentu, który na szczęście nie był aż tak poważny, na jaki początkowo wyglądał – ślad po nim zniknął po trzech dniach ;)) postanowiliśmy przenieść łóżeczko do pokoju dziennego z aneksem kuchennym. W tym pomieszczeniu spędzam praktycznie cały dzień (gdzie ty, lodówko, tam i ja, Ola) i tu w nocy karmię, więc ma to dziki sens. Poza tym, mały pokój, w którym wcześniej stało łóżeczko, jest jakiś lipny (nie wiem, czy to jego tramwajowatość, czy to, że wpada tam mało światła słonecznego), nie jestem w stanie dłużej tam przebywać. Dlatego opcja „dzieć się bawi/śpi w łóżeczku, a matka siedząc przy biurku ma go na oku” kończyła się zwykle tak, że po półgodzinie wracaliśmy do kuchni.
Łóżeczko zmieściło się idealnie między drzwiami a kanapą i zastąpiło wózek, którego widok strasznie mnie w salonie męczył.
Minusy przeniesienia łóżeczka do pokoju dziennego:
  • ubranka są nadal w małym pokoju, więc muszę po nie dalej chodzić zanim zabiorę się za przebieranie
  • razem z łóżeczkiem przeszło do salonu to, co było pod nim, a więc kosz na dzieciowe pranie, pudełko z podręcznikami ze studiów, których jeszcze nie udało mi się sprzedać i skrzynka z nie wiem czym. Słowem: więcej chaosu na widoku
Ale to wszystko nieważne, bo łóżeczko w salonie ma jeden wielki plus: jeżeli jakimś cudem nie zasypiam na kanapie przy wieczornym karmieniu (albo obudzę się po nocnym karmieniu), to odkładam Pierwszego  do łóżeczka i (o ile przekładanie go nie obudzi) mogę iść spać do własnego łóżka bez obaw o to, że Pierwszy sturla się z kanapy na podłogę.

Małe dziecko w małym mieszkaniu

O ile parę lat temu uważałam, że przy dwóch pokojach dziecko musi mieć własny pokój, a rodzice mają spać w salonie, bo przecież tam wieczorami jedzą, rozmawiają, pracują podczas gdy dziecko spokojnie śpi w drugim pokoju, teraz myślę sobie bullshit. Najważniejsze, żeby nam było wygodnie! 
To, że małe mieszkanie jest lepsze, gdy ma się małe dzieci potwierdza moja mama. Zanim rodzicom udało się wykończyć piętro, mieszkaliśmy w czwórkę w dwóch pokojach. Nikt nie musiał latać z niemowlakami po schodach i (w czasach gdy nie było niań elektronicznych) martwić się, czy dziecko czasem nie płacze na drugim końcu domu (ja ponoć cicho kwiliłam, a Pierwszy drze się na cały regulator 🙂 ).
Niemowlak w salonie, rodzice w sypialni (jeśli ową posiadają), trzeci pokój (jeśli jest) do przechowywania i wszystko jest git. Przynajmniej u nas to się na razie sprawdza. Za jakiś czas pewnie znowu będą jakieś międzypokojowe przeprowadzki, ale, jak to śpiewają Lipnicka i Porter everything flows, and nothing stands still…
Zobacz też:
  • Bardzo fajny leżaczek dostaliście, my mamy nieco inny ale też z fisher price i powiem Ci, że w użyciu od prawie 3,5 roku codziennie (obsługuje już drugie dziecko) i nic mi się w nim nie psuje, jedynie pokrowiec się brudzi i rozciąga, ale ma prawo :). Dla mnie to niezastąpiony gadżet i nie do zdarcia.